Zaśnięcie Bogurodzicy
Maryja wobec tajemnicy śmierci i życia
Są w chrześcijaństwie prawdy, o których można mówić językiem definicji, i są tajemnice, wobec których definicja powinna umieć zatrzymać się na progu. Nie dlatego, że wiara staje się wtedy mniej pewna. Przeciwnie. Czasami właśnie powściągliwość jest wyrazem głębszej wiary, ponieważ człowiek wierzący nie musi wiedzieć wszystkiego, aby zaufać Temu, który wie wszystko. Do takich tajemnic należy kres ziemskiego życia Najświętszej Maryi Panny.
Kościół zna Maryję z kart Ewangelii. Zna Jej fiat wypowiedziane wobec anioła: „Niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Zna Magnificat, w którym Maryja wyznaje: „raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,47). Zna Jej obecność w Betlejem, Kanie Galilejskiej i pod krzyżem. Zna słowa Chrystusa skierowane do Niej i do umiłowanego ucznia: „Niewiasto, oto syn Twój” oraz „Oto Matka twoja” (J 19,26–27). Wreszcie Dzieje Apostolskie ukazują Ją pośród rodzącego się Kościoła, trwającą wraz z Apostołami na modlitwie przed Pięćdziesiątnicą (Dz 1,14). A potem Pismo milknie. Nie opowiada o ostatnich latach Maryi, nie mówi o Jej chorobie ani o starości, nie opisuje chwili śmierci, nie wskazuje miejsca pogrzebu, nie przekazuje historii otwarcia pustego grobu i nie mówi również wprost o wzięciu Jej ciała do nieba. To milczenie nie jest brakiem, który wolno nam dowolnie wypełnić. Jest częścią świadectwa apostolskiego. I właśnie tutaj zaczyna się starokatolickie spojrzenie na tajemnicę 15 sierpnia.
Maryja Kościoła niepodzielonego
Starokatolicyzm nie rozpoczyna swojej mariologii od XIX ani XX wieku. Nie zaczyna jej także od sporu z Rzymem. Jego zasadniczym kryterium pozostaje wiara Kościoła starożytnego i niepodzielonego, wyrażona w Piśmie Świętym, symbolach wiary, liturgii oraz świadectwie Ojców i Soborów powszechnych pierwszego tysiąclecia. Deklaracja Utrechcka z 24 września 1889 roku przywołuje w tym miejscu klasyczną zasadę św. Wincentego z Lerynu: „quod ubique, quod semper, quod ab omnibus”, a więc to, co było wyznawane wszędzie, zawsze i przez wszystkich. Deklaracja stwierdza następnie, że starokatolicy zachowują wiarę starożytnego Kościoła wyrażoną w symbolach ekumenicznych oraz powszechnie przyjętych orzeczeniach Soborów Kościoła niepodzielonego.
Nie oznacza to archeologicznego chrześcijaństwa, jak gdyby Duch Święty przestał działać po pierwszym tysiącleciu. Oznacza natomiast bardzo poważne rozróżnienie pomiędzy rozwojem teologicznej refleksji a tworzeniem nowych dogmatycznych zobowiązań dla całego Kościoła. Dlatego starokatolicka krytyka dogmatu Wniebowzięcia nie musi oznaczać odrzucenia tajemnicy wejścia Maryi do chwały Boga. Dotyczy przede wszystkim pytania o to, czy można określoną interpretację tej tajemnicy, niepoświadczoną wprost przez Pismo i niezdefiniowaną przez żaden Sobór powszechny niepodzielonego Kościoła, ogłosić prawdą objawioną obowiązującą sumienie każdego chrześcijanina. To zasadnicza różnica, ponieważ można wierzyć głęboko, nie zamieniając wszystkiego, w co Kościół pobożnie wierzy, w dogmat.
Theotokos, ponieważ wszystko zaczyna się od Chrystusa
Starokatolicka mariologia nie jest mariologią pomniejszoną. Jest przede wszystkim mariologią chrystologiczną. Maryja jest Theotokos, Bogurodzicą, ponieważ Ten, którego wydała na świat, nie jest jedynie człowiekiem związanym w szczególny sposób z Bogiem. Jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, jednym Chrystusem. Dlatego Sobór Efeski w 431 roku bronił określenia Theotokos nie po to, aby ustanowić autonomiczny kult Maryi, lecz aby bronić prawdy o Jezusie Chrystusie. Pierwszy z anatematyzmów Cyryla Aleksandryjskiego stwierdza, że skoro Emmanuel jest prawdziwie Bogiem, dlatego święta Dziewica jest Matką Boga, ponieważ według ciała zrodziła wcielone Słowo.
Najgłębsze twierdzenie maryjne starożytnego Kościoła okazuje się więc w istocie twierdzeniem o Chrystusie. Maryja nie zatrzymuje spojrzenia Kościoła na sobie, lecz prowadzi ku Temu, którego nosiła pod swoim sercem. Tak również należy czytać Jej Zaśnięcie, nie jako ostatni rozdział opowieści o nadzwyczajnych przywilejach Maryi, lecz jako opowieść o mocy Chrystusa objawiającej się w człowieku, który do Niego należy.
Pismo milczy i tego milczenia nie należy się bać
Dla uczciwej teologii znaczenie ma świadectwo św. Epifaniusza z Salaminy. Około roku 377, a więc w czasie, gdy żywa była jeszcze pamięć wielu znacznie wcześniejszych tradycji chrześcijańskich, Epifaniusz przyznał, że nie potrafi ustalić końca ziemskiego życia Maryi. Rozważał różne możliwości. Mogła umrzeć, mogła ponieść śmierć męczeńską, mogła zostać zachowana przez Boga w sposób dla nas nieznany. Ostatecznie jednak pisał z niezwykłą jak na późniejsze spory mariologiczne pokorą: „No one knows her end”, nikt nie zna Jej końca. To zdanie powinno pozostać dla teologa poważnym ostrzeżeniem.
Epifaniusz nie był protestanckim krytykiem kultu Maryi. Był biskupem IV wieku. Żył znacznie bliżej czasów apostolskich niż średniowieczni scholastycy i ponad półtora tysiąca lat przed definicją Piusa XII. A jednak nie znał powszechnie obowiązującej tradycji opisującej los ciała Maryi po zakończeniu Jej życia. Współczesne badania historyczne potwierdzają tę ostrożność. Stephen J. Shoemaker, jeden z najważniejszych badaczy dawnych tradycji Dormitio i Transitus Mariae, wskazuje, że pierwsze cztery wieki chrześcijaństwa pozostają niezwykle milczące w kwestii końca życia Maryi. Dopiero w V i VI wieku pojawia się szeroki zbiór różnych opowieści o Jej śmierci, pogrzebie, przejściu do raju i wzięciu do nieba. Co ważne, nie tworzą one jednej, jednolitej tradycji. Istniało kilka rodzin przekazów, różniących się między sobą szczegółami, a niekiedy również samym sposobem rozumienia tego, co stało się z Maryją po śmierci.
To właśnie tutaj trzeba odróżnić Tradycję od legendy. Apokryfy mogą być świadkami pobożności Kościoła, mogą zachowywać stare intuicje i ukazywać sposób, w jaki chrześcijanie przeżywali tajemnicę Maryi. Nie stają się jednak przez sam fakt swojej starożytności świadectwem apostolskim. Kościół nie musi odrzucać ich obrazów. Musi natomiast umieć odróżnić obraz od dogmatu, pobożność od Objawienia oraz teologiczną intuicję od wydarzenia historycznego, którego przebiegu nie jesteśmy już w stanie odtworzyć.
Od pamięci Maryi do święta Jej Zaśnięcia
Historia liturgii jest tutaj niezwykle interesująca. Na początku V wieku w Palestynie obchodzono 15 sierpnia święto określane jako Pamięć Maryi. Jego ważnym miejscem była świątynia Kathisma znajdująca się pomiędzy Jerozolimą a Betlejem. Pierwotnie święto nie było jeszcze jednoznacznym wspomnieniem śmierci i wzięcia Maryi do nieba. W ciągu kolejnych stuleci jego treść zaczęła jednak coraz wyraźniej koncentrować się wokół końca ziemskiego życia Bogurodzicy.
W V i VI wieku pojawiły się liczne opowieści o Transitus Mariae, przejściu Maryi. W VI wieku święto rozwijało się już szeroko na chrześcijańskim Wschodzie. Tradycja historyczna wiąże ujednolicenie daty 15 sierpnia w Cesarstwie Bizantyjskim z panowaniem cesarza Maurycjusza, w latach 582–602. Historyczna dokładność szczegółów tego zarządzenia bywa dyskutowana, ale pod koniec VI wieku święto Zaśnięcia było już niewątpliwie głęboko zakorzenioną częścią życia liturgicznego Kościoła. Następnie święto przeniknęło na Zachód. W Rzymie pojawiło się w VII wieku jako Dormitio Beatae Virginis. Najstarszy język Kościoła nie rozpoczynał więc od słowa „Wniebowzięcie”. Mówił o Zaśnięciu, po grecku Koimesis, a słowo to ma głęboko biblijne znaczenie.
Pierwsi chrześcijanie nazywali śmierć wierzących snem nie dlatego, że zaprzeczali rzeczywistości śmierci, ale dlatego, że po zmartwychwstaniu Chrystusa śmierć przestała być ostatnim słowem nad człowiekiem. Święty Paweł pisze o tych, „którzy zasnęli” i natychmiast wiąże ich los ze śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa (1 Tes 4,13–14). Zaśnięcie nie oznacza więc, że Maryja nie umarła. Oznacza, że Jej śmierć została odczytana w świetle Paschy Chrystusa.
Maryja naprawdę należy do rodzaju ludzkiego
W tym miejscu starokatolickie odczytanie Zaśnięcia dotyka jednej z najgłębszych prawd chrześcijańskiej antropologii. Maryja nie jest półboginią. Nie stoi pomiędzy Bogiem a człowiekiem jako jakaś istota trzeciego rodzaju. Nie pochodzi z nieba. Jest córką Izraela, kobietą z Nazaretu, człowiekiem należącym do naszego rodzaju. Jej wielkość nie polega na tym, że przestała być człowiekiem, lecz że pozwoliła Bogu doprowadzić człowieczeństwo do pełni posłuszeństwa łasce.
Dlatego śmierć Maryi nie jest teologicznym skandalem. Chrystus sam naprawdę umarł. Jeżeli śmierć jako wydarzenie biologiczne miałaby sama w sobie oznaczać osobisty grzech albo oddalenie od Boga, należałoby zapytać, jak mógł umrzeć Ten, który był bez grzechu. Chrześcijaństwo odpowiada inaczej. Syn Boży wszedł w ludzką śmiertelność, aby ją od wewnątrz przemienić. Maryja należy do tej samej ludzkiej historii. Jeżeli zasnęła w śmierci, nie została przez to poniżona. Jej człowieczeństwo zostało potwierdzone.
I może właśnie dlatego wschodnia ikona Zaśnięcia jest tak teologicznie przejmująca. W centrum nie znajduje się Maryja unosząca się samodzielnie ku niebu. W centrum stoi Chrystus. Na rękach trzyma duszę swojej Matki przedstawioną symbolicznie jako małe dziecko. Kiedyś Maryja trzymała Jego, teraz On trzyma Ją. W Betlejem Syn został złożony w ramionach Matki. W Zaśnięciu Matka zostaje złożona w ramionach Syna. Trudno znaleźć piękniejszą syntezę całej tajemnicy, ponieważ wszystko zaczęło się od Niego i wszystko do Niego powraca.
Święty Jan Damasceński i dojrzała tradycja Zaśnięcia
W VIII wieku spotykamy już rozwiniętą teologię Zaśnięcia w homiliach św. Jana Damasceńskiego, wygłaszanych najprawdopodobniej w Jerozolimie, przy tradycyjnym grobie Maryi w Getsemani. Jan mówi wyraźnie zarówno o śmierci Bogurodzicy, jak i o Jej wejściu do chwały. Nie omija grobu, i jest to bardzo ważne. Maryja zostaje złożona w ziemi. Jej droga do chwały prowadzi przez śmierć, tak jak ludzka droga Chrystusa prowadziła przez Golgotę i grób. Damasceński może później pytać retorycznie: „Why do you seek in the tomb one who has been assumed?”, ale zanim wypowie te słowa, mówi o prawdziwym złożeniu Jej ciała w grobie.
W tej perspektywie Zaśnięcie Maryi jest niemal ikoną Paschy. Nie jest drugą Paschą obok Paschy Chrystusa ani niezależnym zwycięstwem Maryi nad śmiercią. Jest owocem jedynego zwycięstwa Chrystusa. To rozróżnienie jest fundamentalne. Chrystus zmartwychwstaje jako Pan życia, Maryja otrzymuje życie. Chrystus wstępuje do Ojca, Maryja zostaje przyjęta przez Boga. Chrystus jest Zbawicielem, Maryja jest zbawioną. Chrystus jest źródłem łaski, Maryja jest człowiekiem całkowicie otwartym na łaskę. Dlatego nawet największe słowa wypowiadane o Maryi muszą ostatecznie prowadzić do Chrystusa.
Co właściwie wydarzyło się 1 listopada 1950 roku?
Po wielu stuleciach rozwoju zachodniej mariologii papież Pius XII ogłosił konstytucję apostolską Munificentissimus Deus. Zdefiniował w niej jako dogmat objawiony przez Boga, że Maryja, „po zakończeniu biegu ziemskiego życia”, została z ciałem i duszą wzięta do chwały niebieskiej. Sformułowanie zostało dobrane ostrożnie. Pius XII nie rozstrzygnął dogmatycznie, czy Maryja przed Wniebowzięciem umarła. Również późniejsze oficjalne wyjaśnienia rzymskokatolickie podkreślały, że sama definicja z 1950 roku nie uczyniła śmierci Maryi przedmiotem dogmatu.
Z perspektywy starokatolickiej problem znajduje się jednak gdzie indziej. Nie trzeba przecież negować możliwości, że Bóg w sposób szczególny uwielbił Maryję. Tradycja Zaśnięcia i wejścia Bogurodzicy do życia wiecznego jest zbyt stara, zbyt głęboko zakorzeniona w liturgii i zbyt teologicznie bogata, aby sprowadzić ją do średniowiecznej legendy. Problemem jest dogmatyzacja. Wspólna Komisja Teologiczna Prawosławno Starokatolicka sformułowała tę sprawę w Chambésy w 1977 roku wyjątkowo precyzyjnie. Kościół nie uznaje nowych dogmatów Niepokalanego Poczęcia i cielesnego Wniebowzięcia, ale „celebrates the entry of the Mother of God into eternal life” i uroczyście obchodzi święto Jej Zaśnięcia.
To zdanie zawiera właściwie całą starokatolicką teologię 15 sierpnia. Nie oznacza odrzucenia Maryi, odrzucenia Jej uwielbienia ani pogardy dla wielowiekowej tradycji. Oznacza odmowę powiedzenia więcej, niż Kościół powszechny ma prawo powiedzieć jako prawdę konieczną do wiary.
Wiara bez przymusu dogmatycznego
Starokatolicyzm przypomina tutaj o rzeczy, która współczesnemu chrześcijaństwu bywa obca. Nie każda prawda czczona w liturgii wymaga definicji dogmatycznej, nie każda tajemnica musi zostać rozebrana na tezy i nie każda święta intuicja potrzebuje sankcji anatematy. Istnieje także przestrzeń teologumenu, czyli przekonania pozostającego w harmonii z wiarą Kościoła, które może być przeżywane i wyznawane, choć nie zostaje narzucone jako konieczny warunek przynależności do Kościoła.
W tym sensie można z całego serca celebrować Zaśnięcie Bogurodzicy. Można wierzyć, że Ta, która nosiła w swoim ciele Słowo Wcielone, została w sposób szczególny przyjęta do Jego chwały. Można widzieć w Maryi obraz przyszłości Kościoła i modlić się wraz ze starożytną liturgią, a jednocześnie powiedzieć z pokorą, że nie znamy historycznych szczegółów Jej odejścia. Te dwie postawy nie są sprzeczne. Wiara nie zaczyna się tam, gdzie kończy się uczciwość historyczna.
Maryja jako pierwsza spośród zbawionych, nie jako druga zbawicielka
Najważniejszy teologicznie punkt święta Zaśnięcia znajduje się jednak jeszcze głębiej. Maryja nie jest alternatywną drogą do Boga. Wspólne prawosławno starokatolickie stanowisko dotyczące Bogurodzicy bardzo wyraźnie odróżnia Jej wstawiennictwo od jedynego pośrednictwa Chrystusa i przywołuje słowa Pierwszego Listu do Tymoteusza: „jeden jest pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Nawet jeśli tradycja liturgiczna nazywa Maryję pośredniczką w znaczeniu orędowniczki, nie może być to rozumiane jako współodkupienie czy równoległe pośrednictwo zbawcze.
Maryja sama wypowiada najbezpieczniejszą formułę mariologii, kiedy nazywa Boga swoim Zbawcą: „Raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. Nie mówi o Bogu, którego nie potrzebuje jako Zbawiciela. Mówi: „moim Zbawcy”. Dlatego najpiękniejszy sposób mówienia o chwale Maryi nie polega na oddalaniu Jej od ludzkości. Przeciwnie. Jej wielkość objawia się właśnie w tym, że w człowieku takim jak my łaska Boga mogła wydać tak wielki owoc. Maryja jest wielka nie dlatego, że zbawienie Jej nie dotyczyło, lecz dlatego, że pokazuje, czym może stać się człowiek całkowicie powierzony Bogu.
Zaśnięcie jest świętem o naszym umieraniu
Byłoby wielkim zubożeniem 15 sierpnia, gdybyśmy zatrzymali się na pytaniu, co dokładnie wydarzyło się z ciałem Maryi. Liturgia nie została dana Kościołowi po to, aby zaspokajać ciekawość dotyczącą niewidzialnego świata. Zaśnięcie Maryi mówi także o nas, ponieważ przychodzi taki moment, kiedy wobec śmierci kończą się wszystkie nasze słowa.
Człowiek może przez całe życie mówić o zmartwychwstaniu, ale zupełnie inaczej słyszy to słowo, kiedy stoi przy łóżku umierającej matki, ojca, współmałżonka czy przyjaciela. Inaczej odmawia Credo podczas niedzielnej Eucharystii, a inaczej nad otwartym grobem. Wtedy zdanie „oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego” przestaje być formułą. Staje się pytaniem skierowanym do Boga: czy naprawdę śmierć nie zwycięży, czy człowiek, którego ciało składamy do ziemi, nie znika, czy miłość ma przed sobą jeszcze jakieś jutro?
Chrześcijaństwo odpowiada nie teorią o nieśmiertelności duszy, lecz grobem Chrystusa, który został znaleziony pusty. „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15,17). Właśnie dlatego Zaśnięcie Bogurodzicy ma sens tylko w świetle Wielkanocy. Jeżeli Maryja weszła do pełni życia, to nie dlatego, że ominęła Chrystusa, lecz dlatego, że należała do Niego. Jeżeli została uwielbiona, Jej uwielbienie jest owocem Jego zmartwychwstania. Jeżeli śmierć nie mogła zatrzymać Jej na zawsze, to nie dlatego, że Maryja posiadała własną władzę nad śmiercią, lecz dlatego, że śmierć została już złamana przez Jej Syna.
Ciało również należy do zbawienia
Jest jeszcze jeden wymiar tej tajemnicy szczególnie potrzebny współczesnemu człowiekowi. Chrześcijaństwo nie głosi zbawienia od ciała. Głosi zbawienie człowieka. Człowiek nie jest duszą chwilowo uwięzioną w biologicznej powłoce. Ciało należy do jego osoby. Przez ciało kochamy, pracujemy, obejmujemy dzieci, dotykamy chorego, przyjmujemy Eucharystię. Przez ciało cierpimy i przez ciało również umieramy. Dlatego Credo mówi nie tylko o nieśmiertelności, lecz o „zmartwychwstaniu umarłych”.
W tym sensie tradycja cielesnego uwielbienia Maryi, nawet jeśli starokatolicyzm nie czyni jej papieskim dogmatem, niesie niezwykle ważną intuicję eschatologiczną. Bóg nie wyrzuca ludzkiego ciała jak zużytego opakowania. Zbawienie obejmuje całego człowieka. Paweł pisze, że Chrystus „przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego ciała” (Flp 3,21). Maryja staje się więc ikoną nadziei. Nie wyjątkiem, który nie ma z nami nic wspólnego, lecz zapowiedzią tego, do czego zmierza odkupione człowieczeństwo. Nie chodzi o to, że każdy z nas otrzyma „przywilej Maryi”. Chodzi o coś większego: „Jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,22).
Nie grób jest ostatnim miejscem człowieka
I może dlatego słowo „Zaśnięcie” jest ostatecznie tak głębokie. Nie usuwa śmierci, nie udaje, że rozstanie nie boli, i nie każe człowiekowi stojącemu nad grobem zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Chrystus sam zapłakał przy grobie Łazarza. Wiara nie jest znieczuleniem. Chrześcijanin może płakać, ponieważ śmierć naprawdę rozdziela. Może cierpieć, ponieważ miłość naprawdę przywiązuje nas do drugiego człowieka. Może odczuwać pustkę, bo krzesło pozostaje puste, głos milknie, a ręki, którą jeszcze niedawno można było trzymać, już nie można dosięgnąć. Chrześcijanin nie musi jednak nazywać tej pustki wiecznością.
Grób jest miejscem człowieka, ale nie jest jego ostatecznym miejscem. Maryja zostaje przedstawiona przez tradycję Kościoła nie jako ktoś, kto nigdy nie należał do naszego świata, lecz jako ta, która przeszła całą drogę ludzkiej wiary. Od Nazaretu przez Betlejem, Egipt, Kanę i Golgotę aż po modlitwę rodzącego się Kościoła, a potem także przez tajemnicę odejścia. Jej ostatnim słowem nie jest jednak grób, tak samo jak grób nie był ostatnim słowem o Chrystusie i tak samo jak, w nadziei chrześcijańskiej, nie będzie ostatnim słowem o nas.
Maryja po drugiej stronie swojego fiat
Można więc spojrzeć na całe życie Maryi jak na jedno wielkie fiat. W Nazarecie powiedziała Bogu: „Niech mi się stanie”. Nie wiedziała wtedy wszystkiego, co to zdanie będzie oznaczało. Nie wiedziała o ucieczce do Egiptu, o niezrozumieniu ani o mieczu zapowiedzianym przez Symeona. Nie widziała Golgoty. A jednak zaufała. Jeżeli chcemy zrozumieć Zaśnięcie Maryi, być może właśnie tutaj trzeba szukać klucza.
Śmierć jest ostatnim fiat człowieka, momentem, w którym trzeba oddać Bogu również to, czego przez całe życie instynktownie bronimy najbardziej: własne życie. Wtedy człowiek nie ma już niczego do zaoferowania poza sobą. Maryja, która powiedziała Bogu „tak” na początku drogi Chrystusa, mówi swoje ostatnie „tak” u kresu własnej drogi. A odpowiedzią Boga nie jest nicość. Jest życie.
Dlatego starokatolickie świętowanie Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny nie potrzebuje przesadnych definicji, aby być wielkim świętem. Nie musimy wiedzieć, jak wyglądała ostatnia godzina Maryi, nie musimy wiedzieć, w jaki sposób dokonało się Jej przejście, i nie musimy przekształcać każdego obrazu starożytnych opowieści w kronikę wydarzeń. Wystarczy to, co Kościół może wyznać z pokorą i nadzieją. Maryja, Bogurodzica, prawdziwa Matka prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka, zakończyła swoją ziemską pielgrzymkę. Kościół powierza Ją Temu, któremu Ona sama powierzyła całe swoje życie. Wierzymy, że weszła do życia swojego Syna. Czcimy Jej Zaśnięcie i widzimy w Niej obraz Kościoła oczekującego zmartwychwstania. Nie zatrzymujemy się jednak na Maryi. Patrzymy tam, gdzie przez całe swoje życie wskazywała, na Chrystusa.
Ostatecznie 15 sierpnia nie mówi nam przede wszystkim o tym, jak niezwykła jest Maryja. Mówi o tym, jak wielki jest Bóg wobec człowieka. Mówi, że ciało nie jest przeznaczone na unicestwienie, że śmierć nie jest absolutem, że grób nie ma prawa do ostatniego zdania i że człowiek, który oddaje swoje życie Bogu, nie wpada w pustkę, lecz w Jego ręce.
I właśnie dlatego Kościół może stanąć wobec tajemnicy śmierci Maryi nie z kronikarską pewnością człowieka, który zna wszystkie szczegóły, lecz z czymś większym.
Z nadzieją.
Nadzieją, którą pierwszy raz zobaczył o świcie przy pustym grobie Chrystusa, którą od tamtego poranka niesie nad każdy ludzki grób i która pozwala śmierć nazywać Zaśnięciem. Nie dlatego, że śmierć jest snem, lecz dlatego, że dla tych, którzy należą do Chrystusa, nadejdzie przebudzenie.
