Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

 

Otworzyłem ją późnym wieczorem.

Była zupełnie czysta.

Biała przestrzeń na ekranie i mały migający znak, który cierpliwie czekał.

Jakby pytał.

Nie o słowa.

O prawdę.

Przez chwilę patrzyłem tylko na niego.

Dziwne.

Człowiek przez cały dzień potrafi wypowiedzieć tysiące zdań.

Odpowiedzieć na wiadomości.

Załatwić sprawy.

Rozmawiać o wszystkim.

A potem przychodzi jedna pusta strona i nagle okazuje się, że nie każde słowo, które wypowiadamy, naprawdę jest nasze.

Nie zacząłem od wielkich myśli.

One rzadko przychodzą pierwsze.

Najpierw wróciły drobiazgi.

Rozmowa usłyszana przypadkiem.

Twarz człowieka, który próbował ukryć zmęczenie.

Światło wpadające przez okno inaczej niż zwykle.

Zdanie, które ktoś powiedział i zapomniał.

Chwila, która minęła, zanim zdążyłem zrozumieć, że była ważna.

Może właśnie tak powstają słowa.

Nie z potrzeby powiedzenia czegoś światu.

Ale z próby ocalenia tego, czego świat już nie zauważa.

Powoli pojawiło się pierwsze zdanie.

Potem drugie.

Nie wszystko zostało.

Niektóre myśli musiały odejść.

Inne potrzebowały czasu.

Słowa też czasami muszą dojrzeć, zanim będą mogły kogoś spotkać.

Nad ranem przeczytałem całość jeszcze raz.

Nie była już tylko tekstem.

Były tam miejsca, przez które przeszedłem.

Ludzie, których spotkałem.

Pytania, których kiedyś się bałem.

I odpowiedzi, których nie znalazłem od razu.

Zamknąłem komputer.

Ale miałem dziwne poczucie, że niczego nie zakończyłem.

Bo może prawdziwe pisanie nigdy nie polegało na zapełnianiu pustych stron.

Może chodziło o odkrywanie, że one nigdy naprawdę puste nie były.