List przyszedł rano.
Leżał na stole między zwykłymi rzeczami.
Kluczami.
Kubkiem po kawie.
Planami na kolejny dzień.
Na początku nawet nie zwróciłem uwagi.
Dopiero później zobaczyłem adres.
Był mój.
A jednak już dawno tam nie mieszkałem.
Dziwne uczucie.
Trzymać w rękach coś, co naprawdę należy do ciebie, a jednocześnie pochodzi z miejsca, którego już nie ma.
Z pokoju, który wygląda inaczej.
Z ulicy, po której chodzą już inni ludzie.
Z okna, w którym wieczorem świeci się cudze światło.
Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś pomylił czas.
Że wysłał wiadomość do człowieka, którym byłem wiele lat temu.
A ja znowu ją odebrałem.
Tak jak odbierałem wiele razy.
Stare słowa.
Stare decyzje.
Stare chwile, które potrafiły znaleźć mnie nawet wtedy, gdy zmieniłem wszystko wokół.
Usiadłem.
Patrzyłem na ten adres.
I pomyślałem, ile razy człowiek przeprowadza się naprawdę.
Zmienia dom.
Miasto.
Pracę.
Sposób patrzenia na świat.
A mimo to codziennie wraca pod jeden stary adres w sobie.
Do miejsca, gdzie coś powiedział.
Gdzie czegoś nie zrobił.
Gdzie zawiódł.
Jakby nikt mu nigdy nie powiedział, że już tam nie mieszka.
Odłożyłem list.
Nie wyrzuciłem go.
Nie udawałem, że nigdy nie przyszedł.
Po prostu pierwszy raz nie wróciłem pod tamten adres.