Usiadłem przy biurku późnym wieczorem.
W pokoju było już cicho.
Tak cicho, że słychać było pracę starego zegara i szelest kartek, które przesuwałem z miejsca na miejsce.
Porządkowałem rzeczy.
Nie pierwszy raz.
Człowiek czasem sprząta szuflady tylko dlatego, że nie wie, jak uporządkować coś zupełnie innego.
Wyrzucałem stare notatki.
Kartki z błędami.
Zapiski, które dawno straciły znaczenie.
Nie zastanawiałem się długo.
Zgnieciona kartka.
Kosz.
Następna.
I jeszcze jedna.
Dopiero po chwili pomyślałem, jakie to dziwne.
Kartce pozwalamy być tylko próbą.
Zdaniu pozwalamy być poprawionym.
Obrazowi pozwalamy powstawać wiele razy.
A człowieka czasem oceniamy po pierwszej wersji.
Zwłaszcza siebie.
Wróciłem do ostatniej kartki.
Była przekreślona prawie w całości.
Pełna poprawek.
Miejsc, które nie wyszły.
Słów napisanych źle.
A jednak właśnie na niej było widać najwięcej pracy.
Najwięcej szukania.
Najwięcej drogi.
Położyłem ją z powrotem na stole.
Nie była czysta.
Ale była moja.