Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

Wszedłem do katedry, kiedy jeszcze spała.

Nie było muzyki.

Nie było głosów.

Nie było ludzi, którzy zatrzymują się na chwilę, robią zdjęcie i odchodzą, przekonani, że zobaczyli wszystko.

Była tylko cisza.

Kamienne ściany zdawały się pamiętać więcej modlitw, niż człowiek potrafił wypowiedzieć przez całe życie.

Szedłem powoli.

Patrzyłem na sklepienia, stare ławki, ślady dłoni pozostawione na drewnie przez tych, których imion nikt już nie znał.

A potem zobaczyłem witraż.

Ogromny.

Ukryty wysoko nad ziemią.

Z daleka wydawał się ciemny.

Kawałki szkła połączone ze sobą w obraz, którego nie potrafiłem odczytać.

Stałem przed nim długo.

Zastanawiając się, ile razy w życiu patrzyłem na coś pięknego i odchodziłem tylko dlatego, że jeszcze nie przyszło światło.

A potem stało się coś zwyczajnego.

Słońce przesunęło się za murami miasta.

Jeden promień przedostał się przez szkło.

I nagle to, co przed chwilą było tylko cieniem, zaczęło opowiadać historię.

Kolory, których nie widziałem.

Twarze ukryte w ciemności.

Znaki czekające cierpliwie przez lata.

Witraż się nie zmienił.

Zmieniło się światło.

Pomyślałem wtedy, że może podobnie jest z człowiekiem.

Może Bóg od początku widzi w nas obraz, którego my sami nie potrafimy rozpoznać, stojąc po niewłaściwej stronie ciemności.

Może tyle razy mówimy, że czegoś już nie ma.

Że wiara wygasła.

Że piękno przeminęło.

Że człowiek utracił sens.

A może tylko zabrakło światła.

Wyszedłem z katedry później, niż planowałem.

Na kamiennej posadzce nadal leżały kolorowe ślady witraża.

Jakby niebo chciało przez chwilę zostawić swój podpis na ziemi.