Miasto zasnęło później niż człowiek.
Za oknem tysiące małych świateł nadal udawało życie. Migające ekrany, niebieskie odbicia na twarzach, palce przesuwające obrazy szybciej, niż serce potrafiło je zapamiętać.
Na przystanku siedział mężczyzna.
Nie czekał już na autobus.
Ostatni odjechał kilkanaście minut wcześniej.
Mimo to został.
W dłoni trzymał telefon, który co chwilę rozświetlał jego twarz. Wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Świat mówił bez przerwy.
Ktoś gdzieś krzyczał.
Ktoś coś sprzedawał.
Ktoś próbował przekonać go, kim powinien być.
Nigdy wcześniej człowiek nie słyszał tylu głosów.
I może nigdy wcześniej tak bardzo nie tęsknił za jednym, który wypowiedziałby jego imię.
Podniósł wzrok.
Po drugiej stronie ulicy stał stary kościół. Ciemny. Cichy. Prawie niewidoczny między reklamami, które obiecywały nowe życie.
Przez chwilę wydawało mu się, że światła miasta są silniejsze.
Że wygrały.
Że człowiek w końcu nauczył się żyć bez pytań, bez ciszy i bez Boga.
Ale wtedy zobaczył coś, czego wcześniej nie zauważył.
Jedno małe światło.
W samym środku ciemnego kościoła.
Nie walczyło z neonami.
Nie próbowało być większe.
Po prostu trwało.
Jakby od dwóch tysięcy lat wiedziało coś, o czym współczesny świat właśnie zapomniał.