Nie przyszła wraz ze słowami.
Przyszła wtedy, gdy ucichło wszystko, czym przez lata zagłuszałem własne sumienie. Cisza usiadła naprzeciw mnie z cierpliwością kogoś, kto nigdy nie odszedł, choć ja nieustannie odwracałem wzrok.
Długo sądziłem, że najbardziej boję się Boga. Dopiero później odkryłem, że bałem się prawdy o sobie, ponieważ ona nie potrzebuje oskarżeń. Wystarczy jej światło. Ono nie krzywdzi, lecz odbiera wszystkie złudzenia, za którymi człowiek ukrywa własne serce.
Kiedy odważyłem się spojrzeć głębiej, nie zobaczyłem przede mną sędziego. Zobaczyłem Ojca, który nie pytał, dlaczego tyle razy odchodziłem. Pytał jedynie, czy jestem już zmęczony drogami prowadzącymi donikąd.
W tamtej chwili zrozumiałem, że największe rany nie powstają z powodu popełnionego zła. Rodzą się wtedy, gdy zabrakło dobra, które mogło zostać ofiarowane drugiemu człowiekowi.
Najtrudniejsza rozmowa nie odbywa się pomiędzy ludźmi. Nie rozgrywa się nawet pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje uciekać przed własnym sercem i pozwala, aby prawda wypowiedziała jego imię.
A wtedy cisza przestaje być pustką. Staje się miejscem, w którym po raz pierwszy naprawdę można usłyszeć Boga.