Nie pamiętam chwili,
w której wszystko zaczęło mówić ciszą.
To nie wydarza się nagle.
Najpierw świat
przestaje zadawać pytania.
Potem człowiek
coraz rzadziej odpowiada sam sobie.
Aż pewnego dnia
budzi się we własnym życiu
jak w domu,
którego okna nadal patrzą na ten sam świat,
lecz nie rozpoznają już mieszkańca.
Wszystko pozostało.
Te same ulice.
Te same drzewa.
Te same twarze.
Tylko serce
nauczyło się inaczej dźwigać czas.
Są zmęczenia,
których nie leczy sen.
Są samotności,
których nie przerywa obecność ludzi.
Są łzy,
które od dawna
przestały spływać po policzkach,
bo znalazły sobie miejsce
głębiej.
I jest Bóg.
Nie przychodzi z hałasem.
Nie przekonuje.
Nie domaga się uwagi.
Czeka.
Tak cierpliwie,
że można pomyśleć,
iż odszedł.
A przecież to człowiek
najczęściej odchodzi pierwszy.
Każdy niesie historię,
której nie opowiada.
Jedni ukrywają ją
pod śmiechem.
Inni
pod pracą.
Jeszcze inni
pod zdaniem,
które brzmi coraz ciszej:
„Nic mi nie jest.”
Życie nie pyta,
czy jesteśmy gotowi.
Po prostu prowadzi nas
przez zachwyty,
przez rozczarowania,
przez spotkania,
które zmieniają wszystko,
i przez pożegnania,
których nigdy nie umiemy przyjąć.
Jeżeli odnalazłeś tutaj
choć jedno własne milczenie,
to nie dlatego,
że ten wiersz opowiada o mnie.
On od początku
opowiadał o nas.
Bo właśnie tam,
gdzie kończą się wszystkie odpowiedzi,
zaczyna się cisza.
A bardzo często
właśnie tam
zaczyna mówić Bóg.