Nie pamiętam dnia,
w którym świat nagle zamilkł.
To nie dzieje się jednego poranka.
Najpierw przestają przychodzić pytania.
Potem rozmowy stają się krótsze.
Aż w końcu człowiek odkrywa,
że można zniknąć,
nie odchodząc nigdzie.
Telefon leży na stole
jak niemy świadek dawnych więzi.
Każdy dźwięk budzi nadzieję.
Każde milczenie
uczy pokory.
Najboleśniej nie ranią słowa.
Rani miejsce,
w którym powinny wybrzmieć.
Są ludzie,
którzy potrafią godzinami mówić o miłości,
a nie znajdują minuty,
by zapytać:
„Jak naprawdę się trzymasz?”
I są tacy,
którzy nigdy nie wypowiedzieli wielkich deklaracji,
a swoją obecnością
uratowali komuś życie.
Długo myślałem,
że największym przeciwieństwem miłości
jest nienawiść.
Dziś wiem,
że jest nim obojętność.
Bo nienawiść jeszcze pamięta.
Obojętność
już nawet nie szuka imienia.
A jednak właśnie w tej ciszy,
gdy nie było nikogo,
kto zapukałby do moich drzwi,
zacząłem słyszeć kroki Boga.
Tak ciche,
że można je usłyszeć
dopiero wtedy,
gdy ucichnie cały świat.