Dni stoją nieruchomo nad miastem
jak rozgrzane blachy dachów.
Powietrze nie płynie.
Wisi.
Drzewa wyglądają tak,
jakby modliły się o wiatr.
Ludzie uciekają w cień,
lecz nie potrafią ukryć serca.
Bo nie tylko asfalt pęka od gorąca.
Pękają również słowa.
Coraz więcej krzyku,
coraz mniej rozmowy.
Coraz więcej osądów,
coraz mniej zrozumienia.
Nauczyliśmy się chronić skórę przed słońcem,
lecz nie serce przed gniewem.
Jakby świat zapomniał,
że człowiek nie został stworzony do życia w ogniu.
Patrzę na wyschniętą ziemię
i myślę o duszach.
Niektóre od miesięcy nie widziały deszczu.
Uśmiechają się.
Pracują.
Publikują zdjęcia.
A jednak wewnątrz noszą pustynię.
Może dlatego wieczory są dziś tak piękne.
Nie dlatego, że kończy się dzień.
Lecz dlatego, że wszystko, co żywe,
oczekuje ulgi.
Pola oczekują deszczu.
Las oczekuje chłodu.
Człowiek oczekuje pokoju.
A dusza od wieków oczekuje Boga.
I czasem myślę,
że największym pragnieniem świata
nie jest woda.
Nie jest cień.
Nie jest nawet odpoczynek.
Lecz obecność Tego,
który potrafi przejść przez najbardziej spaloną ziemię
i sprawić, że znowu stanie się ogrodem.
Bo są lata gorące dla ciała.
I są lata gorące dla sumień.
Widzę ludzi szukających chłodu pod drzewami,
a jednocześnie rozpalających wojny w swoich słowach.
Widzę dłonie trzymające butelki z wodą,
i serca od dawna spragnione przebaczenia.
Widzę zmęczony świat,
który nauczył się mierzyć temperaturę powietrza,
a coraz rzadziej pyta o temperaturę własnego sumienia.
A ja nie modlę się już tylko o deszcz.
Modlę się o chłód dla ludzkich serc.
O słowa, które nie ranią.
O ciszę, która nie jest pustką.
O pokój, który nie zależy od okoliczności.
Żeby człowiek przypomniał sobie,
że nie wszystko musi płonąć.
Że można jeszcze usiąść w cieniu wieczoru.
Spojrzeć w niebo.
I usłyszeć nad rozgrzanym światem
kroki nadchodzącej łaski.