Nie powiem, że jestem silny.
Zbyt wiele razy milczałem, gdy serce wołało o ratunek.
Zbyt często udawałem spokój, choć w środku wszystko drżało.
Noszę w sobie miejsca niedokończone.
Rozmowy, których zabrakło.
Drogi, na które nie starczyło odwagi.
Czasem myślę, że człowiek całe życie uczy się jednego słowa:
„potrzebuję”.
Potrzebuję światła, gdy dzień gaśnie zbyt szybko.
Potrzebuję dłoni, która nie cofa się na widok moich pęknięć.
Potrzebuję ciszy, w której nie muszę niczego udowadniać.
Bo prawda jest prosta.
Nie gubi nas słabość.
Gubi nas dopiero ucieczka przed nią.
Dlatego już nie uciekam.
Zatrzymuję się.
Patrzę na swoje rany bez gniewu.
I odkrywam coś cichego:
że pragnienie nie jest wstydem,
lecz kierunkiem.
To ono każe iść dalej,
nawet gdy noc zdaje się nie mieć końca.
To ono zapala małe światło w środku,
które mówi: „jeszcze nie wszystko stracone”.
Szukam więc.
Nie wielkich odpowiedzi.
Nie pewności na zawsze.
Szukam obecności.
Jednego prawdziwego spojrzenia.
Słowa, które nie będzie ciężarem.
Jeśli mam być kruchy, niech tak będzie.
Kruchość przepuszcza światło.
A jeśli w drodze się zgubię,
niech samo szukanie stanie się moim domem.