Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

W noc bez gwiazd,
gdy nawet echo traciło odwagę,
zgasłem w sobie
jak dom, w którym nikt już nie woła imienia.

Ściany milczały.
Imię Boga było jak kamień w ustach.
Nie ciężar bluźnierstwa,
lecz ciężar ciszy.

Miłość nie płonęła już jasnym ogniem.
Tliła się pod popiołem,
jakby wstydziła się światła.

Szukałem znaku.
Choćby rysy na niebie.
Choćby pęknięcia w ciemności.

Nic.

A jednak ta noc nie była pusta.
Była gęsta jak ziemia przed wschodem.
Ciemność miała w sobie ruch,
jak łono, które nosi światło w sekrecie.

Rozum klękał.
Wola drżała.
Pamięć cofała się do chwil,
gdy wszystko było proste.

I właśnie tam,
gdzie skończyły się moje słowa,
zaczął się oddech, którego nie znałem.

Nie widziałem Go.
Nie czułem.
Nie rozumiałem.

Ale noc przestała być wrogiem.
Stała się drogą.

Bo jeśli Bóg jest ogniem,
to najpierw wypala to,
co tylko udaje złoto.

A dusza, ogołocona z własnych świateł,
uczy się świecić Jego ciemnością.