Był czas, który oddychał we mnie cicho,
jak pokój zamknięty na stary klucz.
Zostawił ślady na dłoniach,
nauczył milczenia.
Jest czas, który patrzy mi w oczy.
Nie pyta o zgodę.
Pulsuje w krwi, w myśli,
żąda uwagi teraz.
Idzie czas, którego jeszcze nie znam.
Słychać go w oddali,
w kroku, który nie padł,
w słowie, które dopiero wybierze głos.
Trzy czasy siedzą przy jednym stole.
Żaden nie ustępuje miejsca.
Przeszłość szepcze winą,
teraźniejszość boli prawdą,
przyszłość kusi cieniem nadziei.
A ja trwam między nimi,
jak płomień bez obietnicy.
Wiem tylko, że każdy czas
pisze mnie inaczej,
lecz każdy zabiera coś ze sobą.