W głębi dzielnicy, gdzie cegła dawno zapomniała kolor,
stoi hala jak zatrzymane westchnienie.
Światło sączy się wysoko, z mlecznych szyb,
osiada na pudłach, na kurzu, na ciszy,
na twarzach, których nikt tu nie przynosi.
Pośrodku alei regałów rząd za rzędem
stoją skrzynie, szare jak noc po burzy.
Na każdej czarny tusz, twardy stempel,
napis prosty jak przykazanie
„dary nie na sprzedaż”.
Litery świecą tłusto, jakby wierzyły w siebie bardziej
niż w to, co skrywają.
Między skrzyniami krążą ręce.
Palce biegłe, lekkie, nauczone
szelestu pakunku, brzęku zamka,
śpiewu monet w głębi szuflady.
Te dłonie pamiętają kiedyś inne ciepło,
dziś znają na pamięć wagę złomu,
miarę waluty, rytm liczenia.
Każdy szept ustawia się w szeregu z cyframi,
każda myśl ma kształt okrągłego metalu.
Z zewnątrz przychodzą sylwetki,
w cieniu neonów, w oddechu mrozu.
Przez szybę widać tylko kontur dłoni
dotykającej szkła
jak dawnej ikony.
Ich imiona nie zostają w powietrzu,
rozpadają się w ustach portiera
na litery, na numer, na sprawę.
Wewnątrz nie ma głodu ani chłodu,
jest przepływ i logistyka.
Kiedy noc wlewa się w dachowe okna,
światło gaśnie w kontaktach, zostaje tylko fosfor napisów.
„dary nie na sprzedaż” powtarza się w półmroku
jak chóralne zdanie bez głosu.
Ale tusz zaczyna wilgotnieć,
klej traci wiarę,
słowa odklejają się od tektury
jak łuszcząca się skóra po gorączce.
Spod spoconego papieru
wynurza się inne imię rzeczy
krótkie, ciężkie, jednosylabowe
cena.
Bywa noc, w której cień wślizguje się przez szparę bramy.
Nie rejestruje go żaden czujnik, żadna kamera.
Idzie wzdłuż rzędów jak iskra w suchym zbożu.
Dotyka pudła, a pudło drży,
dotyka pieczęci, a znak blednie,
dotyka metalu w kasie, a dźwięk brzęku zmienia barwę
z triumfu na ostrzeżenie.
W jego spojrzeniu liczby kurczą się,
bilans puchnie od tego, co nie wpisane,
od ciężaru twarzy, których tu nigdy nie wpuszczono.
Rano znów jest porządek.
Znów szum wózków, szelest formularzy,
znów miękka mowa o misji i o trosce.
Tylko czasem, gdy ktoś dla pewności poprawia napis
„dary nie na sprzedaż”
ma wrażenie, że pod palcem
papier oddycha obcym, twardym słowem,
jakby w samym środku litery
czaiło się coś,
czego już nie da się ukryć
ani etykietą, ani modlitwą.