Szukałeś Go wszędzie
w dzieciństwie w kościele pachnącym świecą,
w oczach babci,
co szeptała modlitwy, jakby chciała
uciszyć ból w ciszy.
Potem w mieście,
w bramach po nocnych powrotach,
na ekranach telefonów,
w muzyce, która dudniła tak mocno,
że gubiłeś własne myśli.
Były mądre książki,
cytaty z sieci,
głosy ludzi, co mówili,
że wiedzą na pewno,
jak jest po tamtej stronie ciszy.
A nocą,
gdy gasły wszystkie ekrany,
zostawało jedno pytanie:
czy ktoś cię naprawdę widzi,
czy twoje imię trwa
poza pamięcią ludzi.
Chodziłeś po pokoju
jak po małej pustyni.
Serce piach,
usta suche,
myśli jak ptaki
zderzające się z szybą.
Czasem mówiłeś cicho:
Jeśli tam jesteś,
zrób coś,
bo nie mam już siły udawać,
że wszystko jest w porządku.
Aż przyszła noc,
w której pękło w tobie coś cichego.
Powiedziałeś tylko:
Jeśli mnie nie ma dla nikogo,
bądź chociaż Ty
dla mnie.
Nie stał się cud,
nie zapłonęła lampa,
nie zadrżały ściany.
Stało się coś mniejszego,
prawie niewidocznego.
Zauważyłeś, że oddychasz,
że serce wciąż bije,
jakby od początku
ktoś trzymał je w dłoniach.
Przyszła cicha myśl:
Nie jesteś przypadkiem.
Nie pomyliłem się,
kiedy cię stwarzałem.
Nie zobaczyłeś Boga oczami,
ale pierwszy raz od dawna
nie czułeś się sam.
Rano świat był ten sam,
te same ulice,
te same pytania bez odpowiedzi.
A jednak w tobie
coś się przesunęło,
jakby między oddechami
ktoś uchylił zasłonę
o milimetr.
Teraz możesz szeptać:
Nie wiem wszystkiego,
wciąż szukam,
czasem wątpię,
czasem się boję,
ale wierzę,
że Ty szukasz mnie pierwszy.
W tej myśli rodzi się
nowe światło.
Ciche,
wystarczające na dziś.
Nazywa się
nadzieja.
I już wiesz,
że nigdy nie szukałeś Boga sam,
bo przez cały czas
On szukał
ciebie.