Codzienność jest jak zamknięta księga,
a ja szukam między stronami śladu Twojego imienia.
Każdy dzień przewracam ostrożnie,
żeby nie uronić wspomnienia Twojej obecności,
która była kiedyś jak oddech,
a teraz jest tylko cieniem.
W nocy otwieram oczy i patrzę w ciemność,
tam, gdzie mogłoby być Twoje światło.
Czasem czuję, że jesteś tak blisko,
że wystarczyłoby jedno słowo,
ale język więźnie w gardle,
bo nie wiem, jak się mówi do Boga, który milczy.
Zrozumiałem, że tęsknota nie jest karą,
lecz miejscem spotkania.
Że w bólu dojrzewa wiara,
która nie potrzebuje znaków,
tylko serca, które nie przestaje wołać,
nawet gdy echo nie wraca.
Jeśli wrócisz, nie będę Cię pytał,
gdzie byłeś przez te lata pustki.
Położę dłonie na ziemi
i podziękuję, że pozwoliłeś mi szukać,
bo szukanie było miłością,
a brak był Twoim dotykiem.