Czasem idę wbrew sobie,
bo wiem, że tylko w drodze można Cię spotkać.
Choćbym miał błądzić po omacku
i upadać sto razy,
każdy upadek jest jak pytanie,
na które odpowiadasz ciszą.
Twoje milczenie jest jak lustro.
Widzę w nim wszystko, co ukryłem:
lęk, pychę, pragnienie sensu,
i tę niepojętą miłość,
która pali, a jednak daje życie,
która każe tęsknić nawet wtedy, gdy boli.
Patrzę na ludzi i widzę Twój cień,
w dłoniach, które podają chleb,
w oczach, które przebaczają, zanim padnie słowo.
Może to Ty, cichy i nieznany,
przechodzisz obok, udając, że Cię nie ma,
żeby nauczyć mnie patrzeć głębiej.
Wierzę, że nadejdzie dzień,
kiedy wszystkie drogi zbiegną się w Tobie.
Kiedy zrozumiem, że byłeś w każdym kroku.
Że nawet noc prowadziła do świtu.
Że tęsknota była Twoim imieniem,
a szukanie Twoją obecnością.