Wszedłeś w moje wnętrze jak światło w źrenicę,
cicho, bez błysku, bez triumfu.
Niebo nie spadło, lecz otworzyło się od środka.
Świat, który znałem, pękł w ciszy,
a w tym pęknięciu zamieszkałeś Ty.
Nie odjąłeś bólu, nie usunąłeś ciemności.
Zamiast tego sprawiłeś,
że stała się przezroczysta.
Każda rana zaczęła świecić,
jakby Twoja krew płynęła w niej jeszcze raz.
Teraz wiem, że przemienienie nie jest uniesieniem,
lecz zgodą na to, byś był we wszystkim.
W popiele, w krwi, w spojrzeniu,
które już nie pyta, ale widzi.