Poranek rodzi się z ciszy,
jak modlitwa, której nikt nie wypowiedział.
Powietrze drży łagodnie,
i wszystko w nim ma Twoje imię.
Kropla rosy lśni jak obietnica,
która czeka, by w nią uwierzyć.
W źdźble trawy widzę znak krzyża,
choć nikt go nie wyrył dłutem.
Każdy kamień jest świadkiem,
każdy liść niesie szept stworzenia.
W zwyczajności tli się cud,
którego nie dostrzega pośpiech.
Niebo nie jest daleko.
Jest w spojrzeniu, które umie dziękować.
Ziemia, gdy milczy, modli się za nas.
Nawet kurz na drodze
niesie ślad Twojego tchnienia.
A ja stoję w tym świetle,
z pustymi dłońmi,
i wiem, że wystarczy być,
żeby Cię chwalić.