Miasto, które oddycha popiołem i światłem,
którego serce bije w rytmie kroków spóźnionych.
Każdy bruk pamięta twarze, które milczały,
gdy Bóg przechodził w dymie i nie zawołał po imieniu.
W oknach nocą drżą modlitwy,
nie wypowiedziane, a jednak słyszalne.
Tu nawet cisza nosi krzyż,
a każdy mur ma w sobie echo serca.
Ludzie idą, jakby szukali nieba
w odbiciu szyb tramwajów.
Ich dłonie niosą resztki dnia,
jakby w nich jeszcze tlił się cud niedokończony.
Czasem powietrze rozcina westchnienie,
które mogłoby być psalmem,
gdyby ktoś uwierzył, że w kamieniu
ciągle mieszka dusza.
A jednak rośnie w nich coś cichego,
jak trawa na ruinie,
jak światło, które wraca po zimie
nie pytając, czy ktoś jeszcze czeka.
To miasto trwa,
jak serce, które bije zbyt mocno,
by przestać kochać Boga
nawet w ciemności.