Jestem chwastem.
Tak mnie nazwali ci, co mówią o czystości ziemi,
a nie widzą, że ich własne serca dawno porosły trawą nienawiści.
Ich głosy szły nad tłumem
jak echo dawnych krzyków,
gdy człowiek był mierzony krwią, nazwiskiem i strachem.
Ich słowa dymią.
Napalm, który chcą lać na innych,
pali ich samych od środka.
Bo kto mówi o chwastach, ten już zapomniał,
że każda ziemia rodzi po swojemu,
że nawet spękana gleba ma w sobie ziarno.
Widziałem ich dłonie, zaciśnięte, pewne,
jakby Bóg był ich własnością.
Widziałem tłum, który bije brawo,
bo łatwiej nienawidzić niż rozumieć.
A ja rosnę.
Bez pozwolenia, bez hymnu,
między popiołem a światłem.
Nie pytam, komu wolno żyć,
bo życie samo jest odpowiedzią.
Jestem chwastem,
dzieckiem tej ziemi, którą chcecie oczyścić ogniem.
Z moich korzeni pije deszcz,
ten sam, co spada na wasze dachy.
Nie możecie mnie spalić,
bo nawet popiół ma w sobie pamięć deszczu.
Bóg chodzi po polach spustoszonych,
nie w kolumnach i pochodach,
lecz tam, gdzie ktoś jeszcze wierzy,
że człowiek jest większy niż jego nienawiść.
Niech więc wołają, niech grożą ogniem.
Zostanę.
Bo jeśli być chwastem
znaczy zachować serce,
to niech wasze ogrody schną.
A gdy znów podniesiecie kosy,
nie po to, by kosić zboże,
lecz by wymachiwać nimi nad głowami ludzi,
pamiętajcie, ostrze, które grozi innym,
pierwsze przecina wasze sumienie.
Nie boję się waszych kos, waszych słów, waszego gniewu.
Bo chwast, który wyrasta wbrew przemocy,
jest silniejszy niż wasze pochodnie.
Rosnę wbrew wam.
Rosnę dla tych, których nazwaliście obcymi,
dla tych, których głos zagłuszyliście hałasem patriotyzmu.
Rosnę też dla tych, co milczą z lęku,
bo ziemia nie zapomina imion, które deptaliście.
Jestem chwastem.
I dopóki rosnę,
ziemia wciąż pamięta, że była dana wszystkim.