W pociągu nocnym światło drży,
a ludzie śpią jak aniołowie bez skrzydeł.
Każdy z nich niesie w sobie miasto,
którego nigdy nie zobaczę,
a jednak czuję jego oddech.
Za szybą przewija się świat
jak wstęga pamięci.
Las, rzeka, wiatr,
a w tym wszystkim
cicha modlitwa ruchu.
Nie wiem, kto siedzi obok,
ale w ciszy naszych milczeń
rodzi się pokrewieństwo,
którego nie zdoła nazwać żaden język.
Czasem ktoś wysiądzie,
zostawiając tylko ciepło na siedzeniu.
I to wystarcza,
by zrozumieć, że obecność
nie potrzebuje trwania.
A kiedy wstaje świt,
świat wygląda jak nowy.
Jakby ta noc była chrztem,
a my wszyscy pielgrzymami,
którzy uczą się widzieć.