Idziemy wśród ludzi,
jak wśród stacji, których nazwy znikają.
Każdy krok jest jak zdanie wypowiedziane w pół słowa,
a mimo to niesie sens,
którego nie zdołamy nazwać.
W pociągu siedzi kobieta,
z dłońmi jak mapa minionych dni.
Obok chłopiec patrzy w szybę,
jakby chciał zobaczyć w niej samego siebie,
zanim świat mu to odbierze.
Nie znam ich, lecz wiem,
że byli prawdziwi.
Że przez ich obecność
przeszedł Bóg, cicho,
niezauważony.
A kiedy wysiedli,
zostało po nich coś więcej niż powietrze.
Jak echo modlitwy,
którą ktoś wyszeptał
i nie zdążył zakończyć.
Nie wiem, dokąd prowadzi ta droga,
ale wierzę, że niesie pamięć.
Że każdy, kogo spotkałem,
pozostaje w moim sercu
jak ślad łagodności Boga.