Nie ma już zimna w tym świecie.
Zostały tylko iskry.
Dotyk, który rani.
Słowa, które palą jak benzyna.
Idziemy przez dni
z płomieniem pod skórą.
Nie umiemy kochać na pół.
Nie potrafimy wierzyć bez bólu.
Patrz.
Ogień tańczy w oczach dziecka,
w dłoniach starca,
w ciszy tych, którzy już nie mówią.
Nikt nie wie,
czy to świat się pali,
czy my sami w nim płoniemy.
Czasem wierzymy, że gasimy,
a to tylko wiatr przesuwa nasz płomień
tam, gdzie ktoś inny potrzebuje światła.
A jednak w tym ogniu
rodzi się blask,
którego nie stworzył żaden człowiek.
Jakby w popiołach porażek
ktoś szeptał, że jeszcze tli się życie.
Nie jesteśmy sami.
Pośród dymu i zgliszcz
jest cisza, w której można usłyszeć oddech.
W niej mieszka Ten, który nie gasi,
lecz podtrzymuje żar,
abyśmy nie zamarzli w swoich sercach.
Może to nie my płoniemy,
lecz On w nas.
Ukryty jak żar w kamieniu,
cierpliwy jak światło,
które nie gaśnie,
bo zna wartość ciepła w dłoniach człowieka.