Nie wiemy już, dokąd iść.
Drogi splatają się jak druty w starym radiu,
słychać tylko szum, przesterowane echo dawnych pieśni.
Kiedyś prowadziły nas gwiazdy,
teraz świecą ekrany, a niebo milczy.
Zgubiliśmy prostotę ruchu,
spokój kamienia, który wie, że trwa.
Biegniemy, choć nikt nie goni,
uciekamy, choć nie wiemy przed kim.
Światło już nie prowadzi, tylko migoce w próżni,
jakby samo zapomniało, dokąd miało wskazywać.
Zgubiliśmy siebie w tłumie obrazów,
w hałasie, który udaje modlitwę.
Chcieliśmy być wolni,
a zostaliśmy rozproszeni.
Niebo jest daleko,
bo w sercu zgasła pamięć kierunku.
A jednak…
w najciemniejszym zakręcie myśli
czasem zapala się iskra.
Jakby ktoś szeptał z głębi nas:
wróć, jeszcze nie jest za późno.
Bo nawet w chaosie istnieje ścieżka,
niewidzialna, ale prawdziwa.
Czasem prowadzi przez ruinę,
czasem przez ciszę, która boli,
lecz zawsze kończy się światłem.
Zgubiliśmy się, tak.
Ale Ten, który nas szuka,
nie zrezygnował.
Idzie po śladach, które sami zatarliśmy,
woła po imieniu w miejscach, gdzie nie ma głosu.
I może właśnie tam, gdzie wydaje się koniec,
zaczyna się powrót.
Nie gwałtowny, nie nagły,
lecz cichy jak oddech dziecka,
które zasypia w ramionach Ojca.