Zgubiliśmy słowa, które mówiły prawdę.
Zostały tylko dźwięki odbijające się od ścian.
Niebo jest blisko, lecz nie rozumiemy jego mowy,
bo alfabet światła wyszedł z użycia.
Nie umiemy już słuchać wiatru,
ani czytać deszczu, który spada jak proroctwo.
Zatraciliśmy spojrzenie, które rozumiało kolory,
i dotyk, który wiedział, że życie jest święte.
Zbudowaliśmy świat bez ciszy,
więc nawet modlitwa brzmi jak obcy język.
Mówimy: niebo, a myślimy: pustka.
Mówimy: człowiek, a słyszymy: hałas.
Wydaje się, że wszystko trwa,
a jednak coś ubywa powoli, bez bólu.
Jak woda sącząca się z rozbitego dzbana,
tak sens uchodzi z naszych dni.
A potem nagle przychodzi milczenie.
Nie to z braku słów,
ale to, które pamięta początek.
Ziemia odetchnie, ptaki wrócą,
i nawet kurz zacznie świecić w promieniu słońca.
Wtedy zrozumiemy, że język nie zginął,
tylko czekał, aż ucichniemy.
Że Bóg wciąż mówi tym samym światłem,
a to my zamknęliśmy oczy.
I może wtedy, w krótkim momencie jasności,
zrozumiemy znów jedno zdanie:
że wszystko, co istnieje, jest modlitwą,
a cisza jej początkiem.