Nie wracam, bo znalazłem drogę.
Wracam, bo przestałem uciekać.
Ścieżka była zawsze tam, gdzie moje kroki,
tylko serce błądziło w innym kierunku.
Długo myślałem, że Bóg jest daleko,
że czeka na końcu jak nagroda za wytrwałość.
A On szedł ze mną w ciszy,
w kurzu i zmęczeniu dni,
w spojrzeniach ludzi, których mijałem obojętnie.
Nie objawił się w błysku,
ale w delikatnym świetle,
które zaczęło przenikać codzienność,
aż stała się modlitwą.
Powrót nie ma początku ani końca.
Jest przebudzeniem w drodze,
gdy nagle rozpoznajesz, że niebo było tu zawsze,
tylko twoje oczy widziały inaczej.
Czasem trzeba się zgubić,
żeby przestać liczyć kroki.
Trzeba utracić pewność,
żeby odnaleźć bliskość.
A kiedy w końcu przystajesz,
cisza staje się domem.
Ziemia mięknie pod stopami,
powietrze ma smak początku,
a Bóg – ten sam, wczorajszy i dzisiejszy –
uśmiecha się w tobie.
I wtedy wiesz,
że niebo nigdy nie zniknęło,
że wszystko, czego szukałeś,
czekało nie przed tobą,
lecz w tobie.
Powrót to nie krok wstecz,
lecz otwarcie oczu.
To chwila, gdy światło dotyka serca,
a serce w końcu odpowiada.