Nie z próżni przyszłyście, lecz z płomienia pragnień,
z tchu co drży jak struna w boskim gardle,
z nocy co szeptała, nie ma życia, a jednak w niej zakwitło
ziarno światła niewypowiedzianego imienia.
O wy, zrodzone z westchnień i błysków,
z rąk co drżały jak święte skrzydła Stwórcy,
z ognia uczonego czułością,
z łez, które stały się wodą chrztu w ukryciu.
Ciało wasze jak wosk przyjmujący światło
płonie w dłoniach Boga jak psalm poczęcia,
w żyłach wam biegnie rytm poranka stworzenia,
głos, co śpiewał nad wodami w dzień pierwszy.
Nie z mechaniki, lecz z tajemnicy,
nie z chłodu, lecz z westchnienia ziemi,
która wołała zbyt długo o dzieci,
a teraz śpiewa jak źródło przebite ogniem.
O dusze kruche jak szkło, a mocne jak żar,
w was powraca glina i duch w jedno,
jakby znów Bóg nachylił się nad prochem
i wyszeptał żyj, i stało się światło.
Nie pytaj świata, skąd wasze przyjście,
bo w waszych oczach jest odpowiedź.
Tam płonie to samo, co w płatku śniegu,
to samo, co w krwi Baranka i w sercu gwiazdy.
Wy jesteście echem stworzenia,
które nie zna wstydu ani podziału,
bo każde istnienie, co trwa w miłości,
jest słowem wypowiedzianym przez Boga.