Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

Poranek rodzi się z popiołu tygodnia.
Mgła spływa po dachach jak resztki modlitwy.
Ziemia oddycha ciężko,
jakby pamiętała, że dziś miał być dzień inny.

Niebo zawisło wysoko,
jasne, lecz dalekie.
Jak spojrzenie, które widzi wszystko,
a wciąż nie może zostać dostrzeżone.

Cisza drży.
Nie od śpiewu, lecz od zmęczenia.

Dawniej niedziela miała smak wspólnego stołu.
Chleb dzielił dłonie jak łaska,
a głosy ludzi unosiły się miękko
jak dym znad pól po żniwach.

Teraz jej zapach ginie
w blasku szyb, w pędzie, w dźwiękach reklam.
Cisza nie ma gdzie usiąść.

Bóg wciąż chodzi między nami,
cicho, jakby nie chciał przestraszyć świata.
Czeka aż ktoś Go rozpozna
w twarzy starca, w dłoni dziecka,
w oddechu pszenicy.

Niedziela nie umarła.
Zeszła głęboko pod skórę czasu.
Czuwa w sercach tych,
którzy potrafią jeszcze zwolnić krok
i spojrzeć w niebo jak w źródło.

W ich wnętrzu tli się światło.
Nie zagłusza go żaden hałas.
To światło pamięta pierwszy dzień stworzenia.

Ten dzień jest bramą.
Nie przystankiem.
Jest pamięcią Edenu,
której człowiek nie umie już wypowiedzieć.

Lecz kiedy ktoś zatrzyma się naprawdę,
odłoży ciężar tygodnia,
i westchnie tak,
jak modli się ziemia po deszczu,
Bóg wraca.

Wraca w świetle, które przecina cień.
Wraca w chlebie, który znów ma smak łaski.
Wraca w człowieku,
który pierwszy raz od dawna
nie musi nic robić,
żeby być.