Stary kościół braci
otwiera ramiona jak drzewo
którego korzenie wgryzły się w ziemię
a konary dotykają nieba.
Wchodzę w cień świętych ścian,
w ciszę która ma własny głos,
jest ciężka i miękka jednocześnie,
jakby Bóg oddychał ukryty
za każdą deską i kamieniem.
Na zewnątrz świat huczy jak targ,
pełen krzyku i podziałów,
tu zaś jest inna mowa,
tu cisza scala głosy,
które od dawna były rozdarte.
Nie modlę się głośno,
bo słowa gasną jak płomienie,
stoję jak pielgrzym bez mapy,
jak kuzyn z biednej wioski,
którego przyjęto za stół,
choć nie miał nic w darze.
I wtedy cisza staje się światłem,
a w tym świetle widzę,
że różne drogi, różne imiona, różne pieśni
spotykają się w jednym źródle,
że Pan jedności nie zbudował murów,
lecz mosty utkane z krwi i modlitwy.
I wychodzę stąd inny,
niosę w sercu ciszę jak kielich,
pełen światła które nie gaśnie.
W niej brzmią głosy wielu rzek,
łączących się w jedno morze,
nie znam już granic murów ani nazw,
bo w Obecności
wszyscy jesteśmy rozpoznani.
Jak dzieci które wracają z daleka,
spotykamy się w jednym Domu,
gdzie Ojciec czeka
i stoły są już nakryte.