Przejdź do głównej treści

Zamyślnik

... odsłon

Poranek nadchodzi jak pierwszy dzień stworzenia.
Słońce uderza w szyby i otwiera księgę barw.
Katedra zaczyna mówić.
Czerwienie przypominają o krwi,
zieleń o obietnicy życia,
błękit o niebie, które się zniża.
To wołanie proroka zaklętego w szkle.

W południe barwy stają się ostrzejsze,
jak miecz obosieczny,
który przeszywa serce.
Nie ma już cienia, tylko światło,
które obnaża człowieka.
Nie można stać w katedrze obojętnie,
bo witraż osądza spojrzeniem.
Pokazuje, kim jesteś:
czy szybą przejrzystą,
czy kamieniem, który nie przepuszcza światła.

Wieczór nadchodzi,
kolory tracą swój blask.
Ale właśnie wtedy witraż krzyczy najgłośniej:
światło odchodzi,
czas jest krótki,
czy przygotowałeś się na noc.

A noc jest ciężka.
Witraż staje się czarnym szkieletem,
raną w murze, pustym oknem.
Miasto śpi, ale katedra czuwa.
Czeka, aż słońce znów wejdzie i obudzi barwy.
Wtedy prorocze wezwanie stanie się obietnicą:
że światło powróci, że okna znów zapłoną,
że noc nie jest końcem, lecz przerwą w widzeniu.