Na ołtarzu leży chleb,
zwyczajny, kruchy, ubogi.
Nie błyszczy złotem,
nie pachnie potęgą,
jest jak codzienność,
która zmieściła w sobie wieczność.
W dłoniach kapłana podnosi się cisza.
Ziarna, które kiedyś umarły w ziemi,
teraz żyją nowym życiem.
Wino, które niosło smak radości,
przemienia się w krew,
która ocala świat.
Eucharystia nie woła krzykiem.
Przychodzi jak szept,
jak światło wchodzące w mrok,
jak oddech, którego nie da się zatrzymać.
Tutaj Bóg staje się mały,
aby człowiek nie bał się podejść.
Tutaj wieczność mieści się w chwili,
a nieskończoność w okruchu chleba.
I ten, kto przyjmuje,
nie tylko je i pije,
ale pozwala, by Bóg zamieszkał w nim,
jak ogień w lampie,
jak pieśń w sercu,
jak dusza w ciele.
To jest tajemnica większa niż nasze słowa.
Chleb, który jest Ciałem.
Wino, które jest Krwią.
Stół, który jest Krzyżem.
I uczta, która jest Zmartwychwstaniem.
W Eucharystii niebo schodzi na ziemię,
a ziemia zostaje podniesiona do nieba.
Człowiek staje się mieszkaniem Boga,
a Bóg chlebem człowieka.
I w tej tajemnicy,
której nie da się objąć rozumem,
serce odnajduje pokój,
bo wie, że oto sam Chrystus
stał się jego pokarmem.