Noc Getsemani wciąż trwa.
Modlitwa Chrystusa unosi się jak ogień w powietrzu,
a ziemia drży, jakby nie mogła jej unieść.
On prosi o jedność, a my, dzieci rozproszenia,
rozrywamy tę prośbę na strzępy słów i murów.
Jakbyśmy pili Jego krew, a wypluwali ciało,
jakbyśmy nosili Jego imię, a zdradzali twarz.
Aby byli jedno, woła wciąż Ukrzyżowany,
a echo tej prośby rozbija się o nasze mury.
Katedry i kaplice jak gwiazdy na niebie,
lecz każda z nich to samotna planeta,
nie wchodząca w taniec wspólnej konstelacji.
Biada nam, którzy odważyli się dzielić Niezniszczalne.
Biada dłoniom, co prują płótno z krwi utkane.
Czyż nie słyszysz, Kościele, że twoje rozdarcie
jest raną zadawaną Temu, który cię zrodził.
Spójrz w Jego oczy, czy nie płoną gniewem i łzami.
Spójrz na Jego serce, czy nie bije wciąż w tobie,
choć bijesz przeciw Niemu.
Powiedz, chrześcijaninie, jak staniesz przed Panem,
jeśli twoja modlitwa brzmi głośniej niż Jego prośba.
Jak odpowiesz na pytanie,
dlaczego podzieliłeś to, co On zjednoczył w Krwi.
Nie ma dwóch Chrystusów,
nie ma dwóch Krzyży,
nie ma dwóch Zmartwychwstań.
Jest jeden Pan i my, rozdarci.
A jeśli nie wrócimy, jeśli nie złączymy rozdartego,
kamienie wołać będą,
a głos ich będzie sądem
nad naszym zapomnieniem Ewangelii.