Czas płynie jak rzeka, która nie zna cofnięcia,
jego fale niosą nas wciąż dalej,
a każdy dzień, gdy gaśnie, rozpada się w dłoniach
jak okruch szkła, jak proch, jak wspomnienie.
Czas jest oddechem, który ulatuje,
jest cieniem, który się wydłuża,
jest zegarem bijącym w sercu,
a każdy uderza jak przypomnienie,
że to, co dziś, już nigdy nie wróci.
Patrz, jak dzieciństwo znika w mgnieniu,
jak młodość przelatuje jak ptak spłoszony,
jak starość zbliża się niepostrzeżenie,
a twarz, która śmiała się wczoraj,
dziś odbija w lustrze zmęczenie.
Czas jest ogniem, który spala wszystko,
pieśń, co gaśnie, kwiat, co usycha,
jest ciszą, co wdziera się w rozmowy,
jest nocą, która przykrywa świat
czarnym płaszczem przemijania.
A jednak w tym zanikaniu,
w tej kruchości, w tym rozsypaniu,
słychać głos, który woła:
„Ja jestem Początek i Koniec,
Ja jestem Ten, który trwa,
gdy zegary milkną, a kalendarze płoną”.
Bo czas nie jest panem,
czas jest sługą,
czas jest drogą, którą przechodzimy,
by dotrzeć do wieczności.
I choć zanika każdy dzień,
choć rozpadają się lata jak liście w jesieni,
to Ten, który nie zna zmierzchu,
czyni z naszego przemijania
bramę do życia bez końca.
Czas jest cieniem wieczności,
jest jej odbiciem na wodzie,
a gdy ostatnia fala zgaśnie,
zostanie tylko blask, tylko pełnia,
tylko On, który był, który jest,
i który przychodzi.