Zanim zapłonęły gwiazdy,
była cisza jak oddech Boga,
który jeszcze nie wypowiedział imienia światła.
Z tej ciszy powstał ruch,
z ruchu płomień,
a z płomienia pierwszy szept życia.
Nie było formy, lecz była miłość,
która szukała kształtu,
aby móc się podarować.
Z tej miłości urodziła się ziemia,
jeszcze naga, lecz już wołająca,
jak dziecko, które nie zna słów,
a pragnie być przytulone.
Tchnienie dotknęło pyłu,
i pył zadrżał jak struna harfy.
Powstało ciało, nie z materii,
lecz z pamięci serca Boga.
I Bóg spojrzał na człowieka,
nie jak na dzieło,
lecz jak na syna.
Wtedy wszystko zamilkło,
bo każde stworzenie usłyszało w sobie echo tego spojrzenia.
I wiedziało, że istnieje nie po to, by trwać,
lecz by kochać.
Od tamtej chwili każde tchnienie,
każdy wschód, każdy świt i westchnienie ziemi
powtarza to samo słowo,
które było na początku,
i które wciąż stwarza świat na nowo.