Zima – srebrny płaszcz ziemi,
rozpostarty aż po horyzont,
każdy krok chrzęści,
jakby świat był szkłem,
a człowiek – wędrowcem po królestwie kryształu.
Niebo – blade, ciężkie,
przygarnia słońce, które ledwie się żarzy,
jak lampa za matowym szkłem.
Światło – skąpe, lecz ostre –
rozcina cienie,
przemienia gałęzie w krzyże ze szkła.
Wiatr – ostry, poszarpany –
targa pola,
świszczy w kominach,
niesie w sobie echo pustki,
a jednak echo to brzmi jak psalm,
śpiewany przez anioła ukrytego w mrozie.
Śnieg – hostia nieba –
opada cicho, cicho,
przykrywa brud,
gładzi rany ziemi,
zamyka w bieli każdy ból,
każdą skazę.
A serce – drżące, zziębnięte –
szuka ciepła,
roznieca w sobie ogień wspólnoty,
ognisko przy którym
brzmią słowa, modlitwy, westchnienia.
I w tym zimnie, w tej ciszy,
pojawia się On –
cichy, niepozorny,
w żłobie, w stajni, w ludzkim sercu,
rozpalający blask,
który żadna noc,
żaden mróz,
żaden cień
zgasić nie zdoła.