Jesień – ogień drzew,
które płoną bez popiołu,
ich liście spadają jak iskry,
rozsypują się w ścieżkach, w ogrodach,
a ziemia przyjmuje je
jak hostię barw.
Niebo – stłumione, cięższe,
przeciera się smugami dymu,
jakby aniołowie kadzili pola
mgłą i deszczem.
Wiatr szarpie gałęzie,
aż jęczą jak struny
naciągniętej lutni stworzenia.
Ptaki – jeszcze rozbite chórki –
szykują się do drogi,
ich skrzydła drżą,
jak gdyby każdy ruch
był modlitwą,
błaganiem o drogę przez obce niebo.
Sady – przepełnione darami –
rozlewają sok jabłek,
ciężar gruszek,
złoto winogron.
Smak dojrzałości
przecina powietrze jak modlitwa
pełna wdzięczności i smutku.
A człowiek – w środku tej przemiany –
stoi zadumany,
jakby w jego sercu też coś gasło,
jakby coś dojrzewało,
jakby w samym środku duszy
odzywał się głos:
„Oto czas zbioru,
oto czas powrotu,
oto czas, gdy wszystko wraca
do Źródła, które jest początkiem i końcem”.
Jesień – nie koniec, lecz przejście.
Świat cichnie, lecz cichnie w hymnie,
który wznosi się ku niebu,
głośny jak wiatr,
miękki jak liść,
mocny jak Bóg,
który w barwach jesieni
objawia swoją pełnię.