Lato – rozpalone serce ziemi,
bębni w kłosach, w liściach, w owadach,
rozsiewa płomienie światła
na każdej trawie,
na każdym drzewie dźwigającym się
ku żarowi nieba.
Słońce – rozciągnięte skrzydło ognia –
przelewa się przez horyzont,
gasi cienie, a każdą kroplę potu
czyni iskrą,
każdy kamień rozgrzewa do pieśni.
Ptaki – rozżarzone cząstki nieba –
wznoszą się w drżeniu,
jak iskry roztrzaskane młotem światła.
Ich śpiew – szarpnięcie harfy,
co rozdziera ciszę
i zalewa ją potokiem życia.
Rzeki – wijące się strumienie szkła –
niosą chłód, co pieści rozpalone dłonie,
i odbijają oblicze Tego,
który powołał świat
w zbytku barw, w rozrzucie blasku.
A ziemia – matka rozedrgana –
pachnie sianem, kurzem, żywicą,
oddycha ciężko, jakby w jej płucach
tlił się ogień stworzenia.
I serce ludzkie – zagubione,
a jednak wezbrane jak rzeka po deszczu –
bije ku Temu,
co rozciąga dłonie w samym środku żaru,
by w płomieniach lata
pokazać swoją chwałę.