Błogosławieni ubodzy w duchu –
a my tonąc w nadmiarze,
gromadzimy próżnię,
która waży więcej niż złoto.
Błogosławieni, którzy się smucą –
a my wypieramy łzy,
uciekamy w śmiech mechaniczny,
gdy dusza płacze po nocach.
Błogosławieni cisi –
a my rozdzieramy powietrze krzykiem,
krzykiem, który ogłusza prawdę,
aż nawet nasze sumienia nie śmią się odezwać.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości –
a my pijemy tanią karykaturę prawdy,
karmimy się propagandą,
aż syci jesteśmy kłamstwem.
Błogosławieni miłosierni –
a my wolimy kamień,
zimny, twardy, gotowy,
by cisnąć nim w drugiego.
Błogosławieni czystego serca –
a my serce owinęliśmy ironią,
zalaliśmy cynizmem,
bojąc się, że prostota jest słabością.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój –
a my uczyniliśmy z wojny rozrywkę,
z konfliktu – strategię,
z gniewu – język codzienny.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości –
a my klękamy przed wygodą,
sprzedajemy prawdę za komfort,
odkładamy krzyż na półkę,
jakby był rekwizytem z teatru.
Błogosławieni jesteście, gdy was znieważą dla Mnie –
a my wolimy brawa,
wolimy być kochani za pozory,
niż znienawidzeni za prawdę.
Kazanie na górze nie jest pocieszeniem.
To nie balsam,
to ogień, który pali naszą obojętność.
A my, w dolinach,
śmiejemy się z błogosławieństw,
nie wiedząc,
że w ich cieniu stoimy już przed sądem.