Pierwsi byli ambitni –
przybyli przed świtem,
karty dostępu już w dłoniach,
notatniki pełne planów,
spojrzenia ostre jak wykresy.
Uwierzono im,
że to na nich opiera się przyszłość.
Drudzy przyszli później –
zmęczeni, rozbici,
z oczami ciężkimi od bezsennych nocy.
Weszli niepewnie,
jakby wstydzili się własnego spóźnienia.
Trzeci –
dotarli tuż przed zamknięciem drzwi,
bez garniturów, bez CV,
z pustymi rękami,
ale z nadzieją, że choć raz ktoś ich dostrzeże.
I nadszedł wieczór.
Stół, którego się nie spodziewali.
Zapłata – ta sama.
Nie liczba godzin,
lecz hojność gospodarza.
I biuro zatrzęsło się od szemrania:
„To niesprawiedliwe!
To podważa zasady!
To burzy cały porządek!”
Tak, burzy.
Bo Królestwo nie jest tabelą w Excelu,
nie zna języka raportów,
nie poddaje się rachunkom.
Królestwo jest skandalem.
Skandalem dla tych,
którzy wierzyli, że to oni dźwigają świat,
że bez ich ramion wszystko runie.
I nadzieją dla tych,
którzy stali w kolejce ostatni,
przyciśnięci do muru,
z pustą kieszenią i sercem,
którego nikt nie chciał.
Bo ostatni stają się pierwszymi.
A pierwsi –
muszą na nowo nauczyć się,
że wszystko, czym byli,
było darem.