Każdego dnia spotykamy twarze –
jasne od radości, ściemnione troską,
pełne śmiechu i pełne łez.
Niektórzy niosą nadzieję jak lampę,
inni – pustkę jak worek bez dna.
Jedni mówią szczerze,
inni chowają prawdę w milczeniu.
A jednak każdy –
każdy – jest odbiciem tej samej tajemnicy:
serca, które chce być kochane.
Przechodzimy obok.
Czasem dostrzegamy spojrzenie,
a czasem odwracamy wzrok,
jakby ich obecność była dla nas ciężarem.
Bywa, że ktoś krzyczy radością,
a nikt nie słyszy.
Bywa, że ktoś tonie w smutku,
a nie ma nikogo, kto poda iskrę otuchy.
I my sami –
raz niewidzialni, raz przesadnie wystawieni,
raz pełni życia, raz puści jak echo –
żyjemy w tym samym galimatiasie.
Ciężary dnia przygniatają,
obowiązki zasłaniają słońce,
a troski wysysają tlen z duszy.
A jednak –
pod całą tą kruchością,
pod całą tą biedą,
jest iskra.
Iskra, która nie gaśnie.
I jeśli nie nauczymy się jej dostrzegać –
w oczach drugiego, w słowie, w geście –
to przejdziemy przez życie ślepi,
choć widzący, głusi, choć słyszący.
Bo każdy człowiek jest znakiem:
pytaniem zadanym nam w milczeniu,
proroctwem, które mówi:
„Jeśli miniesz mnie obojętnie,
ominiesz samego siebie.”