Mądre nie dlatego, że miały oliwę.
Mądre – bo serce ich nie zdradziło.
Głupie nie dlatego, że zapomniały dzbana.
Głupie – bo wierzyły, że noc nigdy nie nadejdzie.
Czekanie boli.
Łatwiej spać, łatwiej uciszyć sumienie,
łatwiej udawać, że Oblubieniec się spóźnia.
Ale noc zawsze przychodzi –
nieubłagana, nagła, ostra jak miecz.
I wtedy rozlega się wołanie.
Ci, co mieli ogień – wstają,
światło w ich dłoniach drży, ale świeci.
Reszta – biega w panice,
kupuje nadzieję za późno,
krzyczy pod zamkniętymi drzwiami.
I nie chodzi już o oliwę.
Chodzi o serce, które nie znało czuwania.
O życie przegrane na zwłokę.
O czas sprzedany tanio – w wymianie za wygodę.
Biada nam, jeśli dzbany nasze puste,
bo gdy rozlegnie się wołanie,
nie będzie drugiej szansy.
Płomień nie narodzi się z próżni –
a kto nie ma oliwy,
zostanie w ciemności.