Idą ulicami –
krok równy, spojrzenie surowe,
uniesione głowy ponad ramiona innych,
ponad ziemię, która ich nosi.
Nie słyszą szeptu cierpienia,
nie widzą dłoni wyciągniętej po chleb.
Obłoki ich pychy
zasłaniają światło dla słabszych.
Powietrze gęstnieje,
nie dla nich – dla tych obok.
Bo obojętność dławi szybciej
niż brak oddechu.
A oni idą dalej –
dumnie, bez skrupułów,
z głowami ponad światem,
a sercami – pogrzebani w ciemności.