Wysoko unoszą głowy,
ponad ziemię, ponad twarze.
Idą, nie krokiem, lecz ucieczką,
jakby każdy oddech innego
mógł im odebrać powietrze.
Oczy zamknięte na światło,
serca zaciśnięte jak pięści.
Nie słychać w nich wołania,
bo uszy zakryte skorupą obojętności,
która tłumi każdy krzyk,
każde westchnienie cierpienia.
Człowiek obok –
to rana, której nie dotykają.
Omijają ją szerokim łukiem,
jakby obojętność była plastrem,
a zapomnienie – lekarstwem.
I tak idą –
ślepi, głusi, bez serca.
Budują miasta z betonu ciszy,
w których nawet echo
boi się odezwać.
A ziemia pod nimi pęka,
nie od ciężaru stóp,
lecz od pustki serc.