Gdy chodzi o innych –
znamy wszystkie paragrafy.
Znamy ton głosu, który karze.
Wiemy, co godne, co niegodne,
co wolno, czego nigdy.
A gdy chodzi o nas –
wszędzie wyjątki.
Furtki w murze,
otwarte tylne drzwi.
„To nie tak wyglądało”,
„To nie moja wina”,
„To był kontekst, którego nie rozumiesz”.
Mierzymy świat miarą surową,
ale siebie – gumową taśmą.
Rozciąga się,
dopasowuje do każdej winy,
aż winy nie widać.
Nakładamy kary,
a własne wyroki
zawieszamy na kołku,
przykrywając białym płótnem.
Jesteśmy sędziami,
którzy zapomnieli, że nie mają lustra.
I choć rozdają wyroki,
nie widzą własnej twarzy,
bo lustro – jedyne lustro –
przykryliśmy pychą.
A w Słowie było powiedziane:
„Czemu widzisz drzazgę w oku brata,
a belki we własnym nie dostrzegasz?”
Ale słowo to –
nie dla nas,
zbyt ostre,
więc wolimy je złagodzić,
rozmyć,
zamknąć w księdze,
nie w sercu.