Widziałem, jak rodzi się nienawiść.
Nie w huku, nie w krzyku,
ale w cichym słowie: „On nie jest swój”.
W spojrzeniu, które omija,
w dłoni, która zamiast uścisku zaciska pięść.
Widziałem, jak rośnie –
w żarcie, co kłuje,
w komentarzu pełnym jadu,
w milczeniu, które udaje obojętność.
Nienawiść ma twarz codzienności.
Nie krzyczy od razu –
zaczyna od szeptu w kącie serca.
Podsuwa myśl: „Jestem lepszy”.
Szuka ofiary, na którą można wskazać palcem.
A potem już nie szepce – krzyczy.
Idzie ulicą w tłumie,
maluje transparenty,
zaciska pięści.
Nienawiść rodzi się we mnie i w tobie,
gdy wolimy mur niż most,
kiedy odwracamy wzrok,
kiedy nasze milczenie staje się zgodą.
I biada nam,
bo ziarno wzgardy wyrasta w drzewo gniewu,
a cień tego drzewa kładzie się na wszystkich.
Bo nienawiść zawsze zaczyna się w sercu.
A kończy – na krzyżu.
Na krzyżu wisi ten, co nie miał głosu.
Umiera niewinny,
aby inni mogli udawać sprawiedliwych.
To brat, którego nie obroniliśmy.
To siostra, którą wydaliśmy tłumowi.
A w nich – obecny jest Chrystus.
Za każdym razem.
Bo każdy krzyż, zbudowany z nienawiści,
jest powtórzoną Golgotą.