Chodzi twardym krokiem,
jakby ziemia należała do niego.
Patrzy z góry –
nie żeby widzieć,
ale żeby pomniejszać.
Jego słowa są ciężkie jak wyroki,
jego język ostry jak nóż.
Nie słucha – bo tylko on ma rację.
Nie pyta – bo pytać to przyznać,
że można się mylić.
Klęczeć nie umie.
Zbudował tron z pozorów,
koronę z pochwał,
berło z krzyku.
I siedzi – sam –
otoczony własnym cieniem.
Modli się – lecz nie do Boga.
Modli się do siebie.
Rozmodlony samozachwyt,
spektakl dla oczu innych.
Słowa płyną głośno,
a serce milczy –
zamknięte jak grób.
Człowiek pyszny szydzi z biednych,
gardzi prostymi,
odwraca twarz od innych.
Każdy dla niego jest mniejszy –
bo tylko on jest wielki.
Ale jego wielkość to strach,
jego siła to lęk.
Cała pycha – to pustka,
która udaje pełnię.
Pycha – oślepienie.
Człowiek w jej uścisku
stoi na ruinach,
a myśli, że w niebie.
I zobaczysz go w świątyni:
ręce uniesione wysoko,
usta pełne pięknych modlitw,
oczy wzniesione ku niebu –
a pycha w sercu odbiera dom bratu,
zamyka drzwi,
niszczy mosty.
Tak wygląda człowiek pyszny:
na zewnątrz wzniosły,
a wewnątrz pusty.
Wznosi hymn –
i depcze człowieka.
Śpiewa psalm –
a nie słyszy płaczu brata.
Podnosi oczy ku niebu –
a nie widzi ziemi, po której idzie.
Jego modlitwa jak dym –
rozprasza się,
bo nie ma w niej prawdy.
I Bóg nie patrzy na jego usta,
lecz na serce.
A serce pyszne –
nigdy nie znajdzie Nieba.