Krzyż – znak zbawienia,
a my uczyniliśmy z niego ozdobę.
Nosimy go jak biżuterię,
jak talizman na szczęście,
jak logo własnej tożsamości.
Wypisany na czole,
przyklejony na szybie auta,
zawieszony w salonie –
wszędzie, tylko nie w sercu.
A kiedy trzeba świadczyć –
zamyka się usta,
milknie serce,
a ręka unosi się nie w geście pokoju,
lecz w pięści gotowej do ciosu.
Krzyż błyszczy w złocie,
ale nie błyszczy w życiu.
Krzyż jest na ustach,
ale nie w czynach.
Stał się hasłem na stadionach,
okrzykiem pychy,
symbolem siły,
a nie drogą miłości.
A przecież krzyż nie jest młotem.
Nie jest sztandarem gniewu.
Nie jest tarczą nienawiści.
Krzyż nie jest dekoracją,
nie jest maską.
Krzyż jest raną –
i tylko kto pozwoli się zranić miłością,
rozumie jego sens.
Kto czyni z krzyża broń,
ten zdradza Ukrzyżowanego.
Kto używa go, by dzielić,
nie zna Tego, który umarł, by pojednać.
Kto zasłania swoją przemoc krzyżem,
czyni z niego szyderstwo.
Bo krzyż nie wzmacnia nienawiści –
krzyż ją rozbraja.
Nie jest zwycięstwem nad wrogiem,
lecz zwycięstwem nad sobą.
Nie jest ornamentem,
lecz wezwaniem:
do przebaczenia,
do ofiary,
do miłości aż po koniec.
I biada nam,
jeśli uczynimy z krzyża plakat.
Biada nam,
jeśli przykryjemy nim własną pychę.
Biada nam,
jeśli nasze religijne okrzyki
stają się bronią przeciw braciom,
a nie modlitwą do Boga.
Krzyż nie potrzebuje krzyku.
Krzyż potrzebuje świadków.
A świadkiem nie jest ten, kto krzyczy najgłośniej,
lecz ten, kto milczy, gdy trzeba przebaczyć.
Świadkiem nie jest ten, kto wznosi pięść,
lecz ten, kto otwiera dłoń.
Krzyż nie jest ozdobą.
Krzyż nie jest sloganem.
Krzyż jest życiem oddanym –
i tylko tak mówi prawdę.