Wiara nie jest moją własnością.
Nie mogę jej zamknąć w dłoni jak monety,
nie mogę wpisać w rubrykę dokumentu,
nie mogę wytatuować na skórze,
bo nie ze mnie się rodzi.
Wiara jest ogniem, który przychodzi z zewnątrz.
Dotyka, rozpala, pali – i czasem boli.
Nie pyta, czy chcę.
Nie kłania się moim planom.
Nie daje się schować w szufladzie wygody.
Walczę z nią,
bo domaga się prawdy.
Sprzeczam się z nią,
bo prowadzi tam, gdzie nie chcę iść.
Uciekam przed nią,
bo obnaża mój strach.
A jednak – bez niej jestem pusty.
Bez niej moje „ja” kruszy się jak popiół.
Bez niej zwycięstwo staje się porażką,
a pełny stół – głodem.
Wiara jest większa niż moje serce.
Jest jak rzeka, której nurtu nie zatrzymam,
choć buduję tamy.
Jest jak światło, które wdziera się przez szpary,
choć zasłaniam okna.
Ale wielu próbuje ją zawłaszczyć.
Mówią, jak mam się modlić,
jak mam klękać, jak mam wstawać,
jak mam mówić, jak mam milczeć.
Jedni twierdzą, że ich wiara jest jedyną,
drudzy – że ich Kościół czystszy, lepszy.
Budują mur wyższości,
który dzieli zamiast łączyć.
A przecież wiara nie jest sztandarem.
Nie jest odznaką ani tytułem.
Nie jest orężem do wykluczania.
Wiara jest darem –
a daru się nie przywłaszcza.
Wiara jest mostem,
który prowadzi ponad moimi ranami.
Jest korzeniem,
który trzyma, gdy wszystko się chwieje.
Jest tchnieniem,
które podnosi, gdy nie mam sił.
I choć z nią walczę,
choć czasem jej nie rozumiem,
choć próbuję ją uciszyć –
to ona ocala mnie.
Nie moja, a jednak we mnie.
Nie moja, a jednak dla mnie.
Nie moja –
bo od Boga.