Spotykasz go –
i nagle drży w tobie coś znajomego.
Twarz inna, głos obcy,
a jednak – jak lustro.
Déjà vu.
Jakbyś widział własne życie,
tylko inaczej zapisane.
Jego ból przypomina twój ból.
Jego grzech – twój grzech.
Jego głód – twój głód.
Ale uciekasz.
Nie chcesz patrzeć.
Bo łatwiej powiedzieć: „To nie ja”.
Łatwiej odsunąć, niż przyjąć,
że w nim odbija się twoje serce.
Zamykasz oczy,
zatrzaskujesz duszę.
„To jego sprawa, nie moja”.
„To jego wina, nie moja”.
„To jego droga, ja mam swoją”.
Ale Prawda nie daje spokoju.
W każdym obcym spotkanym w drodze
wraca twoja historia.
W każdym, którego oceniasz,
stoi twoje własne odbicie.
Chrystus mówił:
„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych,
Mnie uczyniliście”.
To déjà vu nie jest złudzeniem.
To Jego obecność.
A jeśli uciekasz –
uciekasz przed sobą.
Jeśli zamykasz oczy –
oślepiasz własne serce.
Jeśli milczysz –
wydajesz wyrok na siebie.
Déjà vu to nie przypadek.
To ostrzeżenie.
Byś przestał uciekać od prawdy,
którą Bóg wpisuje w drugiego człowieka.
Bo kiedy staniesz przed Nim,
zobaczysz twarze tych wszystkich,
których unikałeś.
I usłyszysz pytanie:
„Dlaczego bałeś się zobaczyć siebie?”